Awaria Landa i taśtasiem jedziemy dalej

Plan naszej podróży jest ramowy. Hmm, ta ‚rama’ też zresztą zmienia swoje kształty. Wczoraj zahaczyliśmy o Bratysławę, aby przejechać przez Most Apollo oraz wyjątkowo urodziwy Most SNP zwany UFO. Ten drugi to naprawdę oryginał – wantowy z czymś na kształt spodka kosmicznego na pylonie. Dziwadło jakich mało, ale pewnie w 1972r był szczytem nowoczesności.

No to wjechaliśmy sobie i popatrzyliśmy na panoramę Bratysławy i inne mosty. Jest tam restauracja, bar, więc posiedziliśmy przy chłodnych trunkach. Z ciekawostek – jak ‚potrzeba’ nagle wezwie, to warto tam odwiedzić toaletę. Siedzisz jak król, przeszklona i miasto u Twych stóp 😂

Potem przelot przez Most Apollo. Niby zwykły, łukowy, wzmocniony wantami, a jako jedyny z europejskich mostów dostał się do grona 5 finalistów Civil Engineering Achievement Award w 2006r., a w 2005r otrzymał nagrodę Steel Design Award. No i jeszcze nazywany jest też Kosickim – może w krzyżówce się przyda komuś.

Z Bratysławy kierowaliśmy się na Budapeszt. Nie dojechaliśmy (jeszcze), bo ekipa dołączała do nas. Pilno im było nad wodę i padło na spotkanie nad Balatonem. Tymczasem ‚nacięliśmy’ się na siebie w drodze – my wyjeżdżamy z podrzędnej w Pipidówkowiejakimśtam, a oni nas mijają właśnie główną. Odmachane, obśmiane, normalnie echolokacja landroverowa! Lądujemy na jednym z kampów nad Balatonem. Przekąpane i w drogę.

Pada prośba o Chorwację. Kompletnie nie braliśmy pod uwagę, szybkie zerknięcie na mapę…dobra jedźmy tam. Jest most na Krk, przejedziemy sobie wybrzeże i odbijemy w stronę Mostaru. Dalej już wg.naszego planu-bezplanu.

Po drodze ‚drobna’ awaria, co dla posiadaczy Dyskotek jest wpisane w posiadanie takiego auta. Co prawda do tej pory prawie 4tys km zrobione nic się nie działo i nasz 15-letni kompan dzielnie się spisywał. Dziś jednak jeden z dwóch wałów napędowych odmówił współpracy. Tata Ignacowy zrzucił przedni wał i mamy driftowóz. Szukamy części, kamp nad fajną rzeczķą, ale humory dopisują. Ciekawe co jutro przyniesie dzień?

Drezno i Praga Magiczna

Mieszkać tak blisko Drezna i Pragi i nie odwiedzić tych miast naprawdę nie wypada! W Dreźnie czekał na nas most Blaues Wunders, niebieski most. To jeden z nielicznych mostów w Niemczech, który podczas II wojny światowej nie został zniszczony. Wspaniała kratownicowa konstrukcja mostu na Łabie z 1893r, Ignac piał! Kiedy go wybudowano był jednym z najdłuższych wiszących mostów tego typu, bo tak naprawdę to kładka o długości 147m nie podparta żadnym filarem. Robił wrażenie, bo dodatkowo mieliśmy burzową aurę. Sesja musowo się odbyła i mamy swietne zdjęcie naszych małych globetroterów przed tym mostem.

A przy okazji pytanie do Was – jaka jest właściwa nazwa tego mostu? Bo nazwa Blaues Wunders jest potoczna, kto wie daje znaka i…odznaka!🏅

Drezno ma oczywiście więcej do zaoferowania, niż most. Nazywane jest Florencją Północy ze względu na zespół barokowych budowli Zwinger. Ta epoka nie należy do moich ulubionych, ale uczciwie przyznaję, że robi wrażenie, jest piękny odrestaurowany, a w jego galeriach i muzeach zgromadzono arcydzieła sztuki ze słynną Madonną Sykstyńską Raffaela. Ten kompleks budynków to mariaż architektury, rzeźby i malarstwa. Piękny! Pospacerowaliśmy bez ciśnienia czasowego z żalem odpuszczając muzea. Ale już widzę Ignaca biegającego niezgrabnie pomiędzy eksponatami. Jeśli coś na stole może spaść, to na bank za jego przyczyną spadnie, więc oszczędziliśmy sobie adrenaliny.

Z Drezna ruszyliśmy do Pragi. Mam sentyment do tego miasta. Raz ze względu na studia na UW (literaturoznawstwo na bohemistyce), dwa ze względu na wspólny ‚narzeczeński’ wypad z Tatą Ignacowym 14 lat wstecz, kiedy złaziliśmy Pragę wszerz i wzdłuż, no i przede wszystkim jest tam Julia 💛 koleżanka z czasów studiów. Spotykamy się w czasowych interwałach ok. dwuletnich: w USA, w Polsce no i w Pradze. Cuuudowna babka z apetytem na życie! Siadamy przy winie i jakbyśmy widziały się wczoraj. Bosheee jak dobrze, że w moim otoczeniu są takie Kobiety! Plan był prosty – wspólna kolacja i kemping. Piszę do Julki: ‚wyjechana czy w domu, bo wpadniemy’, Julia: ‚w Pradze, zostajecie na noc u mnie, kiedy przyjedziecie?’, ja: ‚nooo…dziś’, Julka: ‚wspaniale! wpadacie!’…I tak zostaliśmy dwie noce. Na totalnym luzie zwiedziliśmy Pragę, chociaż 34st upał sprawił że ograniczyliśmy zasięg spaceru. Dzieciaki i tak były padnięte, nie wiem jak nasz sercowy Ignac dawał radę. Wlewałam w niego wodę co chwila. Na most Karola wszedł w środku dnia, żar lał się z nieba, a tłuuum ludzi sprawiał że miałam ochotę krzyczeć i uciekać. Jednak bliżej nam do lasu…

Sam most zrobił na Ignacym wrażenie z daleka, a jeszcze bardziej perspektywa kilku mostów na Wełtawie. Zbudowany na pocz.XIII w był aż do 1741r jedynym mostem na Wełtawie. Aż trudno uwierzyć! Teraz jest najstarszym na świecie mostem kamiennym o takiej rozpiętości przęseł. Lubię go, chociaż turystyczny zalew sprawia że traci swoją magię. Polecam pospacerować nad ranem…po udanej imprezie 😉

Praga to jednak Hradczany, Katedra Św.Wita, Kościół św.Mikołaja i mnóstwo innych wartych zwiedzenia miejsc. Od romańslich cudownych budowli, przez barok aż po dzisiejsze czasy kulturą stoi! Jechać koniecznie! tylko nie w szczycie sezonu.

Drobne pamiątki dla dzieci kupione, pożegnaliśmy się z Julią i jej córeczką, które miło nas ugościły i zostawiamy Pragę w tyle. Kierunek Budapeszt, a po drodze jeszcze będzie zgadka 😋

Dziś na fali wznoszącej nadrabiamy zaległości

Niemcy nigdy dotąd nie były dla nas celem wypraw. Mostowa wyprawa sprawiła, że trochę się tu pokręciliśmy. Ba, chciałoby się więcej i dłużej! Zachodnią stronę zostawimy jednak na sequel naszej wyprawy.

No to na przystawkę Fehmarnsundbrücke. Most, który łączy niemiecką wyspę Fehmarn z lądem stałym, łukowy o długości 963m jest wizytówką Schleswig-Holstein. Wybudowano go w 1968r., a że był to okres Zimnej Wojny to przezorni Niemcy umieścili sobie 6 ładunków wybuchowych przy moście, tak na wszelki wypadek…

Tata Ignacowy miał już ‚upatrzoną’ na Google Earth miejscówkę – zaciszną plażę z widokiem na most. Zatem popas z pysznym obiadem, szybko zmontowanym i reeeelaks! Oj korciło nas, żeby tam zostać dłużej. To właśnie z tego dnia fotki poszły w kosmos, bo bezczelnie na karcie gdzieś w folderze się skryły z plikami do usunięcia. Ale z takimi sytuacjami, podobnie jak ze zwodowanym nowiuteńkim telefonem, jakoś trzeba sobie mentalnie poradzić. Na filmie most będzie, a chwile zarejestrowane w pamięci nie blakną tak szybko.

Następny przystanek Magdeburg z wodnym mostem. Tutaj będzie ‚danie główne’, bo to miasto będące stolicą landu Saksonia-Anhalt ma atrakcji sporo.

Nastawiliśmy się głównie na Most Wodny będącym największym na świecie żeglownym akweduktem. Większe wrażenie robi z lotu ptaka lub…od spodu.

Budowano go 80 lat a zaczęto w 1919. Tyle że takie przedsięwzięcie nawet dla niemieckich inżynierów było wyzwaniem. Wojna, Zimna Wojna, podział Niemiec i zawieszenie budowy. Dopiero w 1997r wznowiono prace. Prawie 85tyś ton stali, imponujący widok, kiedy jedna barka płynie pod mostem, druga nad nim. Chcieliśmy wskoczyć na barkę Missisipi ale Landek tak smutno zerkał z parkingowej miejscówki, że odpuściliśmy. Całe przedsięwzięcie po to, aby połączyć dwie drogi wodne- kanały Hawela i Śródlądowy po dwóch stronach rzeki Łaby a tym samym skrócić drogę z 12km do 1km. Nooo, to za 500mln eur i po 80 latach im się udało!

Dojeżdżamy do Magdeburga a tam robi się jeszcze ciekawiej! Popas w bardzo fajnym parku tuż obok Sternbrücke, mostu o stalowej konstrukcji przerzuconego przez rzekę Elbę. Podczas wojny Wermacht wysadził ten i inne mosty na Elbie, ale dopiero w 1997r zdecydowano odbudować Sternbrücke.

Dalej jest jeszcze lepiej…danie główne – stary most kolejowy Hubbrücke. Kiedyś zwodzony z elementem centralnym pionowo podnoszonym. Udostępniony pieszym i rowerzystom stanowi idealną miejscówkę na sesję!

Widok z mostów na imponującą gotycką Katedrę św.Katarzyny i św.Maurycego z grobem cesarza Ottona. W średniowieczu było to jedno z najbogatszych miast Europy, a w Xw. ośrodek tzw. odrodzemia Ottońskiego czyli centrum kultury.

My zaliczyliśmy jeszcze kąpiel w fontannach i pożegnaliśmy Magdeburg zza szyb oglądając jeszcze kościół św.Jana i różową (oooohydną) cytadele stanowiącą ponoć atrakcję. Yyyy, mosty po stokroć lepsze!

No przydługi ten zaległy post. Ale jest sens pisać? Bo te mosty to może nudnawe dla Was trochę, co? 😉

Relaksu czas…

…tak sobie siedzimy w tą ciepłą noc, gdzieś przed Lipskiem. Dzieci śpią, wino, ser, krakersy. Wreszcie jest dobrze. Wreszcie, bo kryzys za kryzysem zaliczaliśmy ostatnio:

– infekcje dopadly wszystkich

– folder zdjeć z calego dnia poszedl do śmieci…z shift’em niestety

– utopiłam telefon

Wina polejcie!

Bełty dwa, tylko bez skojarzeń ;)

Co zrobić, aby połączyć wyspę Fionię z Zelandią? Zrobić Dużego Bełta 😂 …już bez naturalistycznych odnośników, przejechaliśmy przez mosty łączące duńskie wyspy Duży i Mały Bełt. Podobno zbudowanie tej przeprawy składającej się w rzeczywistości z dwóch mostów i tunelu było największym przedsięwzięciem inżynieryjnym w Danii. Duży Bełt z trzecim najdłuższym podwieszanym przęsłem na świecie (1.9km) przywitał nas wietrzną pogodą, co tylko dodało smaczku piknikowi pod mostem.

Po drodze na szybko przybiliśmy piątke z H.C. Andersenem odwiedzając go w domu (Odense) i myk w stronę Małego Bełtu. Ale niewiele osób wie, że tuż obok jest Old Little Belt Bridge. Aktualnie w remoncie, jednak można sie na niego wspinać. Fajna atrakcja, niestety ze wzgl.na sprawność Ignaca wykluczona. Wzrost też potrzebny 140cm minimum. My więc pospacerowaliśmy po nim. Atrakcji okolica proponuje mnóstwo, jest camping, zoo z rogaczami a najlepiej zajrzeć do Hindsgavl Activity and Nature Center (visitlillbaelt.com), które organizuje różne atrakcje na półwyspie ma super plac zabaw i park linowy dla dzieci, no i jak to przykład architektury duńskiej ‚wygląda’. Hygge w czystej postaci.

Przejechaliśmy mosty i z pewnymi obawami ruszyliśmy do Legolandu. Z biletem kupionym okazyjnie, prowiantem na czele z naleśnikami Tatowymi weszliśmy do tego kultowego parku rozrywki.

Fajny jest. To wiecie już. Z naszym autustą gwarantuje dodatkowe ‚atrakcje’,ale przeżyliśmy wszyscy. Wrócimy tam na pewno jak Maja będzie starsza (może przy okazji wielkiej pętli skandynawskiej haha). A o podróżowaniu z autystą na pokładzie jeszcze skrobnę, bo temat wymaga osobnego posta.

Nocleg na wspaniałym kempingu tuż nad morzem i jedziemy dalej.

I ❤ HYGGE

Najpierw wyjaśnijmy co oznacza hygge, bo poza faktem, że termin zrobił się ‚trendy’ jak orkiszowe naleśniki, to ma sens. Hygge jest stylem życia, które najprościej określić jako ‚slow life’. Duńczycy są najszczęśliwszym narodem świata m.in.dzięki takiemu podejściu do życia (no i PKB na mieszkańca…). Celebrują chwile i to w tak naturalny sposób, że głupio się denerwować na cokolwiek. Na kampie Ignac zajął jedyny wolny jeszcze zlew do mycia garów, ja nasze myję obok. Kolejka się ustawia, więc musztruję syna, żeby puścił pana a ten do mnie: ‚take it easy…spokojnie świeci słońce, są wakacje, chłopak bawi się w wodzie, ja poczekam’. Super nie? W samej Kopenhadze jest tak samo. Kafejki, wyluzowani i UŚMIECHNIĘCI ludzie, rowerzyści chaotycznie czasem jeżdżący ale jakoś nikt do gardeł sobie nie skacze, kierowcy spokojni. Bosheee, gdyby tylko się taka mentalność w naszym kraju przeszczepiła! Mniej stresu, mniej kompleksów, mniej despotów…

No to z tym hygge podeszliśmy do zwiedzania Kopenhagi 😁

– słynną, obmacaną ze wszystkich stron i zbeszczeszczoną na wszelkie sposoby Syrenkę obejrzeliśmy z odległości 50m siedząc na ławeczce w cieniu i wcinając lody. Tymczasem kolejka ludu tłocząca się na kamieniach nie malała

– zjechaliśmy na plażę na wysepce Amager z widokiem na Oresund. Kąpiel, ciepłe i czyste morze, Duńczycy wpadają na 1-2 godzinki na rowerze z kocykiem albo ręcznikiem, super klimat. Więc sobie popas zrobiliśmy na wyspie z obiadem. Landek wzbudzał zainteresowanie, dużo ludzi się uśmiechało pozdrawiało, Majka odmachiwała, a Ignac wykrzykiwał ‚heeeeloł’. no i fajnie

– pokrążyliśmy po głównym placu, zajrzeliśmy do małych uliczek, przysiedliśmy na kawkę i jakieś ciacho, bez spiny, bez listy zabytków ‚do odhaczenia’

– widzieliśmy ratusz, Gammeltorv czyli Stary Rynek, Amagertorv, pospacerowaliśmy ruchliwą Strøget zaliczając sklep Lego z ciekawości (mekka klockomaniaków przed nami) i trochę ‚window-shoppingu’. Jak urządzać mieszkanie mając złotą kartę kredytową, to tylko zakupy w Kopenhadze. Skandynawski design mnie urzeka od lat, tylko kieszeń niewystarczajaco głęboka…miło jednak popatrzeć.

– słynny park Tivoli zaliczymy kiedy indziej, ale przejechaliśmy obok bardziej zwracając uwagę na okoliczną architekturę. Mają gust Ci Duńczycy i to widać nawet przy starych budynkach – z polotem, dużo szkła, kamień naturalny. Ba, nawet fabryka ‚wygląda’, a nie straszy!

– Den Blå Planet czyli Narodowe Akwarium zostawiłam na deser. Warto zobaczyć! Największe w płn.Europie, 20tyś gatunków zwierząt (nie liczyłam), w tym tunel z rekinami, płaszczkami i jak to w Danii – interaktywne! Mnóstwo atrakcji dla dzieci, karmienie ryb, można dotknąć, zabawa z nauką, świetnie spędzony czas. Minimum 2 godz trzeba założyć. Nam się zeszło 3 godz, a bilety wyniosły razem z parkingiem ok.300zł. Niemało, ale warto! Do tego sam budynek stanowi architektoniczną perełkę.

Nocleg spędziliśmy na kempingu w Kopenhadze tuż nad zejściem do jeziorka. Warunki u nich świetne z rodzinnymi łazienkami. Pora ruszać dalej, choć do Kopenhagi wrócimy na pewno!

Mosty Duży i Mały Bełt na cieśninie czekają…

Oresundbrød

Most który łączy cieśniną Sund stolicę Danii Kopenhagę ze szwedzkim miastem Malmo.

I trochę naj…

– najdłuższy w Europie most o długości 7845m, sztuczna wyspa o długości 4055m oraz tunel o długości 3510m

– najdłuższy most na świecie,po którym biegną tory i jezdnia

Budowany w latach 1993-2000 nadal stanowi inżynieryjny fenomen. Ignacy kazał wspomnieć koniecznie o koparce Chicago skonstruowanej specjalnie na potrzebę budowy mostu. Bo przecież jakoś tunel trzeba wydrążyć, a wydobyty piach posłużył do budowania sztucznej wyspy.

Ciekawostek jest więcej, np. że wstrzymano budowę na prawie rok, aby wydobyć bomby z dna morza z okresu II wojny światowej. Koparka ‚natrafiła’ na taką gigantyczna niespodziankę i cudem nie doszło do katastrofy!

My już w Kopenhadze. Będzie to zapewnie wyzwanie dla nas, podróżujących nisko-budżetowo. Są jednak atrakcje, z których zrezygnować nie można. Więc na własnym prowiancie, ale z budżetem na wejścia zwiedzamy stolicę Danii.

Droga jest celem podróży

Nocleg u wrót do Szczecińskiego Parku Krajobrazowego naładował nasze baterie duuużą dawką pozytywnej energii! Żurawi śpiew i pochrapywanie smacznie śpiących źrebaków, no cuuudnie!

Tata Ignacowy w gotowości ze świeżo zaparzoną kawą i szerokim uśmiechem ściągnął mnie z namiotu migiem. W drogę – prom czeka ⛴

***

Szybko, sprawnie i już na promie. To nasz pierwszy raz i wyjątkowo jak na Piankowy Sqad byliśmy przed czasem! Ufff…na spokojnie sie odprawiliśmy, a chwilę później Ignac zdążył dopaść tablicę i ku potomności zostawił swoje artystyczne kredo 😉

Szwecjo nadciągamy!

The time is now

Komu w drogę, temu … MOSTY!

Mają w saeb 80x80cmobie jakiś magnes, którym skutecznie przyciągają Ignaca. Mogą być cudem techniki lub historycznym artefaktem, mogą być spektakularne lub skryte głęboko w dolinach górskich. Ważne, że są, bo dzięki nim nasz syn lepiej komunikuje się ze światem.

Każdy autysta ma jakąś fiksację. Coś, co uwielbia, co rozumie głębiej, inaczej. Nasz chłopak od kilku lat ‚rozkręca’ się z mostami. Jak to się zaczęło? Hmm, chyba podczas wypraw. Sama przyłożyłam do tego swoją rękę sprezentowawszy album z najpiękniejszymi mostami na świecie. Okazyjnie kupiony, to pomyślałam, że przerobimy trochę geografii, zaplanujemy kolejne wyprawy. A tymczasem ‚szał mostowy’ nastał! I tak zamiast bajki na dobranoc jeden rozdział o moście. I powoli układanie w mózgowych szufladkach Ignaca informacji – o nazwach mostów, ich typach (tak, tak…bo najogólniej rzecz ujmując mamy wantowe, podwieszane, łukowe, kolejowe itd.), o miejscach gdzie je zbudowano.

Uwielbia je. Tak po prostu. Za prozaiczne cechy – bo łączą punkt A z punktem B; bo jest rytm i powtarzalność konstrukcji – idealne do wzrokowych stymulacji! I wreszcie, bo są majestatyczne i piękne.  My zaś uwielbiamy Ignaca. Tegoroczną wyprawę zaplanowaliśmy więc szlakiem europejskich mostów! Staaaartujemy i widzimy się z Wami w…? Kto zgadnie jaki most mamy w logo wyprawy? Od niego zaczynamy tegoroczną przygodę!