Jaki fajny dzień w Budapeszcie!

Do stolicy Węgier dotarliśmy przed południem. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak popularnym miejscem. Tłumy turystów, korki, a mimo to byliśmy dobrze nastrojeni na spacer po mieście.

No i mosty! Znane chyba wszystkim, nadrukowane na każdym możliwym suvenirze od koszulki po gumkę do ścierania. Najsłynniejszy chyba jest Most Łańcuchowy, którego budowę rozpoczęto w 1839r., trwała 10 lat. Projektował go Anglik William Clerk, a budowę nadzorował Szkot Adam Clark, nie spowinowaceni haha.

W czasie wojny jednostki Wermachtu wysadziły most i na nowo odbudowano go w 1949r w setną rocznicę powstania. Nosi nazwę swojego inicjatora, hrabiego Széchenyi’ego. To pierwszy most łączący dwa miasta Budę i Peszt i dzięki niemu przekształciły się w szybko rozwijającą się metropolię. Wjeżdża się do niego przez tunel, więc Ignac rozanielony.

Dużo bardziej jednak podobał nam się Most Wolności, ten zielony. To już projekt Węgra Feketeházyego i to uwaga – inżyniera węgierskich kolei! Wybudowany w latach 1894-1896, most kratownicowy, wspornikowy, trójprzęsłowy reprezentuje architektonicznie styl secesyjny. Jest wyjątkowy i naprawdę piękny, mimo że najkrótszy na Dunaju w Budapeszcie. Tak chyba i mieszkańcy myślą, bo jako pierwsze ze zniszczonych mostów został odbudowany po wojnie. Wieże mostu zdobią ptaki Turul będące symbolem narodowym Węgrów, wiedzieliście? No i przez chwilę moje ‚gołąbki’ 😉

Jest jeszcze Most Elżbiety, biały, smukły, o konstrukcji podwieszanej. Obowiązkowa sesja i spacer po nim zaliczony.

W Budapeszcie można spędzić kilka dni i poszwędać się po mieście, zwiedzić co trzeba. My zjedliśmy pyszny obiad i zdecydowaliśmy się wyjechać z miasta.

Nasz ostatni nocleg poza granicą kraju…

Turlamy się powoli, choć chciałoby się dalej, dłużej, więcej.

C’est la vie Sawa!

Belgrad zweryfikował ostatecznie naszą determinację do ganiania za mostami! Są tam cztery mosty, z których jeden, spełniający kryterium ‚naj’ na świecie, przejechaliśmy z 8 razy (sic!), aby ujęcie było właściwe, Ignac się nacieszył, no i żeby mama wanty policzyła.

Most wantowy Ada jest najdłuższym na świecie wantowym mostem z jednym pylonem. Strzela w górę na wysokość 200m i dopiero po kilku przejazdach doliczyłam się 20 naciągów po każdej ze stron. Robi wrażenie, choć wydaje się dużo mniejszy z odległości.

Dojechaliśmy do Belgradu popołudniu. Zanim zjedliśmy, przebiliśmy przez miasto już był wieczór, więc po noclegu na kempingu wróciliśmy jeszcze, aby niedzielnym porankiem na luzie przejechać wszystkie mosty, kawka i lody przy nowo-budowanym bulwarze Promenada z fajnym placem zabaw i labiryntem szklanym. Widać, że inwestuje się i stolica aspiruje, aby doganiać Europę.

Poza mostem Ada Belgrad funduje fajny widok na zielony Stari Most oraz kolejowy wantowy most Železnicky.

Belgrad jak wszystkie miasta nie budził w nas entuzjazmu. Do tego jeździ się po nim słabo, przejścia z pasami są chyba tylko dla ozdoby, ale Tata Ignacowy jak autochton po chwili się tam odnajdywał. Daleko Belgradowi jeszcze do Istambułu lub Tibilisi pod względem adrenaliny u kierowcy. Ja byłam zestresowana na fotelu pasażera.

Pożegnaliśmy Belgrad i ruszyliśmy w stronę Nowego Sadu. Tam jeszcze nasz pilot wycieczki uwzględnił w roadbook’u łukowy most podwieszany a tuż przy nim kolejowo-drogowy most kratownicowy. Te dwa mosty są już nad Dunajem. Fajne wrażenie robią choć po łukowym nie dało się jeszcze przejechać, bo nowy i prace przy budowie drogi wciąż trwają.

Serbia nie budzi we mnie dobrych emocji. Kolejny raz próbuję ją odczarować. Może to historia wojenna, niezbyt przyjaźnie nastawieni ludzie (w moim subiektywnym i pierwszym wrażeniu), no i ten brud, śmieci, zrzut ścieków prosto do wody. Są biedniejsze kraje, miasta, gdzie tego po prostu nie ma, jak choćby Bośnia. Więc to kwestia mentalności raczej. Ale próbę odczarowania podejmiemy jeszcze. To nie ostatnia nasza wizyta w Serbii, tylko kolejnym razem od gór zaczniemy, bo one zawsze nas pozytywnie nastrają.

No i już coraz bliżej domu. Kierunek Budapeszt, gdzie czekają na nas kolejne ważne mosty. Powoli, nieśpiesznie, unikając autostrad toczy się nasza wyprawa mostowa.

Jedna, jedyna, Una

Zwiedzanie Parku Narodowego UNA było świetną decyzją! Piękna kręta rzeka z wieloma wodospadami, owiana legendami z zielenią drzew i turkusem wody wowołującymi zachwyt. Do parku można się dostać z kilku stron, my wjechaliśmy od południa zaczynając zwiedzanie od wodospadu Martinbrodski slap. Niespodzianka czekała na Ignaca jednak tuż przed wejściem do parku. Przed naszymi oczami ukazał się czerwony wiszący mostek prowadzący przez rzekę Una. Uwierzycie? Jak na zamówienie haha.

Więc Ignac popędził jak oparzony i myślał, że to jedyna atrakcja.

Ale to wodospady i kaskady wodne na rzece Una są fenomenem. Ten w wiosce Martin Brod to w zasadzie rozciągająca się na długości 800m sekwencja wodnych kaskad, z których najwyższa ma 54m.

Niesamowite jest to, że w tej wiosce normalnie żyją ludzie, a domy mają tak pobudowane, że pod/obok rzeka Una im płynie. Jedna z kreatywniejszych rodzin organizuje pokazy eko prania, jak za dawnych czasów za 1 KM (2zł). Taka pralka do autentyczna beczka, bučnica, w której tworzy się wir wodny, poziom wody można regulować, no i pierze bez detergentów. Idealna do dużych rzeczy jak koc, narzuty itp. Pani opowiadała, że ‚miastowi’ okoliczni zjeżdżają, aby tak prać te koce i dywany, tylko ‚to już mąż robi, bo wyjąć ciężko z beczki nasiąknięty wodą‚. A ja całą torbę ciuchów do prania miałam!

Drugą atrakcją są młyny wodne, bo faktycznie prąd rzeki Una jest tak silny, że aż się prosi o praktyczne wykorzystanie tej energii.

Ruszyliśmy w głąb parku, po drodze mijając zawalony most. Najbardziej spektakularny wodospad to Štrbački buk. Nam trafiły się dodatkowe atrakcje w postaci burzy, piorunów, ale było warto. Sama nazwa rzeki Una, jak głosi legenda, oznacza z łaciny jedna, ta jedyna. Podobno za czasów imperium rzymskiego wojownicy zapuszczający się w te tereny odzyskali umiejętność dostrzegania piękna utraconą przez wiele lat bitew. Kiedy dotarli do rzeki Una, ujrzeli wodospady, napili się krystalicznej i orzeźwiającej wody Uny, jeden z nich wykrzyknął „una!”. No i stąd nazwa.

Żal było wyjeżdżać z parku, tym bardziej, że strażnik spojrzawszy na naszego Landa pozwolił nam przejechać park w całości. Inni zawracać musieli, bo trasa szutrowa, czasem pod i z górki. Jeszcze po drodze pstrąga z Uny przepysznego zjedliśmy, na deser maliny i w drogę – Bihač, ale tylko przelotem zamek, szybkie zakupy, bo jakoś od miast stronimy. Kierunek Banja Luka i dalej halsem na most w Belgradzie.

Podróżowanie z autystą

…łatwe nie jest. Czarować nie będę, bo chociaż wiemy, co może u Ignaca być katalizatorem ‚zjazdu’ (autistic tantrum), to realia nadal zaskakują – histerie, krzyki z błahego powodu mogą pojawić się nagle i trwać i trwać, dłużej niż to dawniej bywało. Człowiek zmienia się w czasie. Nasz syn też. Z perspektywy 7 lat wypraw z Ignacym ta jest najfajniejsza (doszliśmy do wniosku, że powoli przebija Gruzję), ale też pełna wyzwań pod względem współpracy Ignaca. Cały ostatni rok zresztą tak nam się układa. Spóźnione bunty, większy zasób słownictwa, do tego rok szkolny zaowocował także nieciekawymi zwrotami, no i zazdrość o siostrę. Niby zwykłe etapy także w rozwoju dzieci w normie. Ale dorzucić u nas trzeba jeszcze niechęć do nauki oraz samodzielności i mamy mieszankę wybuchową. Iskra wystarczy, kiedy lont nerwowy krótki. A potem jakby słońce wychodziło, kiedy słyszymy niemoderowane ‚kocham was i dziękuję za taką wyprawę’ …i człowiekowi głupio.

Za chwile miną 4 tygodnie naszej wyprawy. I dużo i mało. Sobota była trudniejszym dniem, przelot nudnymi drogami z korkami i absurdalnymi ograniczeniami prędkości z Bośni do Belgradu. Wszyscy łącznie z Majką mieli swoje ‚buntownicze 5 minut’. Ale na wyprawie takiej, jak nasza to nie powinno dziwić.

Ignac potrafi długie przeloty wytrzymać bez jęczenia. Szacun! Rysuje sobie, obserwuje. Żadnych ipad’ów, filmów, elektroniki. Podobnie sytuacje, kiedy po nocy szukamy noclegu – tłumaczymy i nawet dojrzale się zachowuje. Z drugiej strony nie mówi tego co czuje wprost, np. jestem głodny, więc kiedy zachowanie ‚zbacza’ z akceptowalnego kursu chwilę trzeba się zastanowić czy to głód, deszcz, wiatr? Jeśli tylko samemu ma się jeszcze odrobinę cierpliwości… Ale największym wyzwaniem dla obydwu stron jest niechęć do treningu większej samodzielności. Lenistwo pudrowane zwrotem pomóż mi proszę. Poddajemy się i znowu walczymy, motywujemy i tak w kółko. A tu nie o himalaje chodzi tylko np. zapięcie guzika. Motoryka mała to u nas najsłabsza strona rozwoju Ignaca. I taka przeplatanka.

Staram sobie przypominać jak długą drogę przeszliśmy, żeby Ignacy był tu gdzie jest. Mamy kryzys, pokonamy go i znowu będzie lepiej. Nasz syn jest wspaniałym globtroterem, potrafi okazać wdzięczność za drobiazgi, zaskoczyć mądrym komentarzem i kocha bezwarunkowo. Rozwija się w swoim tempie, nieharmonijnie, ale cały czas mamy światełko w tunelu.

To nam brakuje cierpliwości, kreatywności i trzeba to przepracować. Nieraz mam ochotę spytać innych rodziców genetycznyh i autustycznych dzieciaczków skąd czerpią siły? Jak przetrwać kryzysy? Jak osiągnąć pełnie akceptacji? Oświećcie mnie proszę.

Dzielimy się z Wami głównie dobrymi chwilami, szerokimi uśmiechami, sukcesami Ignaca. Ale to oczywiste, że trudne momenty, ba! chwile zwątpienia dopadają i co wtedy? Czasem sama siebie słuchać nie mogę jak upominam, proszę po 10 razy, strofuję i tłumaczę – tego nie rób, tak nie wolno, to niebepieczne… Pora wrócić do podstaw terapii niedyrektywnej i Son Rise, zaczynając od pełnej akceptacji, bo ‚pod linijkę’ to raczej autusty nie ustawię.

Halsem po Bośni

Zwiedziliśmy Jajce, Wodne Młyny pamiętające jeszcze czasy osmańskie i znowu mapa w ruch. Gdzie teraz, kierunek Serbia, tam czekają na nas mosty, czy jednak jeszcze góry w Bośni. One u-z-a-l-e-ż-n-i-a-j-ą! Uderzyliśmy na zachód w stronę szczytu Šator 1873m n.p.m, po drodze zaliczając wspaniałą i zróżnicowaną trasę – przecięliśmy pasmo Crna Gora, a potem wyżynnymi terenami Korita w las i dalej wspinaczka na szczyt. Po drodze mijaliśmy opuszczone wsie, rozpadające się domy, małe cmentarze, smutna scheda powojenna.

Ignac zasiadł za to za kółkiem Landa i był przeszczęśliwy.

Nasz szwędaczowy kompas zrzuca nas prawie pod granicę z Chorwacją, podczas gdy grana miała być Serbia. Kręcimy się po Bośni od prawa do lewa, halsóweczka taka. I wiecie co? To jest w tej wyprawie najfajniejsze. Nic nie musimy! Mamy zapas czasu, a Bośnia co chwile funduje nam rarytasy widokowe.

Wypatrzony szczyt Šator, więc jedziemy na górę. Ale szlakiem, który ustawił tata – dłuższym, ciekawszym, a pod samym szczytem…chyba już tylko pieszym. Fajnie, adrenalina skacze, wysokość już 1800m, tyle że po deszczu. Trawiaste trawersy dostarczają nam dodatkowych wrażeń. Bajka! Planowaliśmy tu nocleg, pojawił się jednak problem – muchy! Skąd i po co one tu?! Chmary nas obsiadały w moment. Nie dało się wytrzymać, więc mimo późnej pory staczamy się z góry i szukamy noclegu.

Przejeżdżamy przez Grahovsko Polje i nocujemy na polance z widokiem na pasmo Bobara. Stąd mamy świetną bazę wypadową do Parku Narodowego UNA, ale o tym opowiemy Wam jutro 😉

Ale Jajce!

Wczorajsza przejażdżka górami Vranica solidnie naładowała nam akumulatory pozytywną energią. Obraliśmy kierunek na miejscowość Travnik z zamkiem – w końcu kilka atrakcji z Trip Advisor’owych TOP 10 wypada zaliczyć. Turlaliśmy się główniejszą drogą, która okazała się w sporej części szutrem. Piękne widoki na połoninę Kruščica z górami dochodzącymi do 1700m n.p.m. Soczysta zieleń, przestrzenie, ale mało zwierzyny jakoś. Jedynym przejawem fauny do tej pory w Bośni był jeż, jaszczurka, zaskroniec, błotniak i myszołów. Z tych dzikich, bo owce jak w N.Zelandii – są dosłownie wszędzie.

W Travniku zamek. I tyle. Szału nie ma, jest za to armata, zaciekawiła Ignaca i pan ‚na żywo’ wyrabiający skarbonki z gliny. W zamku mieści się też muzeum historii Bośni. Można trochę poczytać, bo umówmy się – kraj, o którym niewiele się dowiemy na lekcji historii w szkole.

Nie interesowały nas targowiska i czasu było szkoda, więc uciekamy na północ w góry Vlašić. Zakupy podstawowych produktów zrobiłam na osiedlowym sklepiku już za miastem. Normalnie przeniosłam się do PRL’u, ale tak fajnie – pan skakał koło mnie, wybierał ładne owoce, a na koniec uroczystym gestem wręczył paragonik z kwotą 8 KM (16zł), że wszystko dobrze podliczone i on uczciwy jest. No to po lody wróciłam jeszcze.

Tata Ignacowy już miejsce na nocleg wyhaczył. W góry zatem, tu już nieco niżej, teren łagodniejszy. Dojeżdżamy do połoniny Galica na punkt widokowy. Biwak robimy sobie właśnie tam zjeżdżając jedynie w miejsce, gdzie od wiatru osłaniają nas drzewa i krzaki. Pięknie jest. W oddali majaczy szczyt Paljenik 1933m n.p.m, na który prowadzi przyzwoita droga.

Jaki luz, jaki relaks, kolacja, ciepły prysznic i śpimy jak dzieci. Dzis poranek podobny – lampa na niebie, lekki wiaterek, no nie chce się zbierać człowiekowi. Patrzymy sobie na mapę i dumamy gdzie dzisiaj. Unikamy miast, a im dalej na północ, tym teren bardziej się wypłaszcza. Blisko do Jajec, kolejny punkt z TOP 10 z wodospadami Pliva, zamkiem i innymi zabytkowymi meczetem oraz cerkwią. Może być, bo i trasę ustawiliśmy szutrowymi drogami.

Przyjemne zaskoczenie. Jajce okazują się fajnym miejscem. Wodospady na rzece Pliva są tuż przy murach zamku. Nie ma zatrzęsienia turystów jak na Kravicy, spacerek po parku, puszczenie patyków, po prostu miło i warto zajrzeć jak się jest w pobliżu.

Mama gdzie net łapie, tam pisze. No i oczywiście zakupy, ale tylko to co warto – ser na Serowym szlaku. Kusiła jagnięcina, tylko zerknęłam w bok…i jakoś mi przeszła ochota.

Nocna wspinaczka po górach Vranica

Było trochę straszno, trochę kozacko, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma widoków z ‚dachu świata’! Namiot rozkładaliśmy przed północą po 20km nocnej wspinaczki górskiej pasmem Vranica nad jeziorkiem Prokoško. Oczywiście nie planowaliśmy tego, ale w trakcie jazdy kolejne opcje upadały, bo a to za blisko ludzi, a to droga się kończy i zbocza strome. No więc ciągniemy do przodu kolejne kilometry.

A jak to się zaczęło? Niewinnie jak zawsze. Bez ciśnienia czasowego ruszyliśmy znad jeziora Boračko w stronę gór Bjelašnica po drodze zahaczając o wiszący most dla pieszych (tylko 4 osoby jednocześnie), o którym wspomniał nam Duńczyk.

Nad rzeką Rakitnica popas i pyszna, pożywna zupa, dzięki której przetrwaliśmy nocną jazdę. Chcieliśmy zostać już tam tylko godz. 17, trochę jakby za wcześnie. No to kierunek na Kreševo, czyli północ, bo droga fajna i podobno warto obejrzeć. Wiemy to od lokalnego pasjonata Land Roverów. Jadąc zobaczyliśmy piękną białą serię odrestaurowaną, więc przystanęliśmy i pogadaliśmy chwilę. Kreševo okazało się jednak mini kurortem i mimo zmroku sporo ludzi kręciło się jeszcze. Dlatego jechaliśmy dalej.

Przypomniała mi się Gruzja. Też zdarzało się późno ze śpiącym Ignacym zjeżdżać. Teraz dwójka źrebaków do ogarnięcia. Szybka przekąska na noc w aucie, Majki oblucje pieluchowe w powietrzu na tylnym siedzeniu i lulanie.

Uff, dzieci śpią, młodsze za ręke trzyma, starsze na mnie poduszkę sobie wymościło, więc jak ruski paragraf zgięta staram się wysiedzieć. Tata Ignacowy szuka kolejnej miejscówki. Jego upór i determinacja, żeby nie spać byle gdzie jest godny podziwu. W takich sytuacjach nawet nie musimy nic ustalać, każdy wie co trzeba robić, współpraca to klucz. Znajduje jeziorko i kolejne 30km do zjazdu w las. Tam już czujemy się bezpiecznie. Taki paradoks haha. Zmrok nam nie przeszkadza, Land wspina się mozolnie krętą drogą, dzieci śpią. Docieramy wreszcie na wysokość 1700m n.p.m a tam domki, cicho, głucho, jak w skansenie. Na śpiocha ubieramy dzieci na noc, zrzut do namiotu i błogi sen. A rano? Miazga totalna!

Widok cudowny, słońce, śniadanie ultra all inclusive w naturze z baranami, owcami beczącymi w tle. Znajdujemy off road’ową ścieżkę na przełęcz Sarajewska Vrata i piękny widok na szczyt Nadkrstac 2110m n.p.m. Wyprawa mostowa, ale takiej przejażdżki odmówić sobie nie wypada. Bośnio, nie chcemy nawet ruszać się dalej! Cieszymy wzrok, kręcimy, obiadujemy i chcemy więcej i więcej!